Zasiada do kolacji. Zwykle na stole stawia talerz z kanapkami, które wcześniej zrobił w kuchni. Patrzy. Okno wciąga go, jak narkotyk. Za szybą czuje się bezpiecznie, jest królem świata. Słyszy bębny dudniące jego imię. Słyszy, jak kwiaty błagają o wodę. Stoi, siada, patrzy przez wizjer. W niespełnionych pragnieniach, w tysiącu pytań, jakie ciągle sobie stawiał, był jeden cel. Odszukanie tożsamości trapiło go zdecydowanie najbardziej. Poszukiwanie samego siebie. Analiza i synteza. Papieros w dusznym pokoju. Mgła nocy krążyła wokół niego. Machał rękami, rozganiał ciepły szept śmierci…

Nie jest łatwo wstać po kolejnej szaleńczej nocy. Budzę się powoli. Zwykle tak samo. Na początku otwieram oczy i nie chce patrzeć za okno. Nie chce widzieć jaka jest pogoda. Chcę pozostać w zachwycie zapachu pościeli. Lubię oszukiwać się, że Ona leży obok. Lubię powiedzieć sobie w myślach „dzień dobry Kochanie”. Tak po prostu dotknąć Jej włosów i poczuć ciepło dłoni. Podnoszę lekko głowę. Patrzę na lewą dłoń. Próbuje sobie przypomnieć dzisiejszy sen. Opadam głową na poduszkę. Bez zmęczenia, z otwartymi oczami. Nieprzytomnie podniesionymi powiekami. Jeszcze tylko jedno westchnienie i patrzę jaka jest pogoda. Cholera. To bez znaczenia, a jednak po przebudzeniu tak robie. Te gałęzie mnie zachwycają. Nagie gałęzie świadomości. Przez nocne koszmary palone stosy własnych możliwości. Patrzenie przez okno zabija. Widzę starsze kobiety w wypłowiałych płaszczach i szarych beretach. Siedzę wtedy na parapecie, owinięty w kołdrę albo koc. Patrzę na taniec gałęzi z wiatrem. Poszukuję w nich siebie.

Zapalam papierosa. Dwanaście metrów kwadratowych staje się usłanych prawdą. Niespełnione literackie wizje budzą się we mnie, gdy papieros w dekadenckiej pozie zastyga kierowany w dół. Dym mija nozdrza, wpada do oczu. Prawda unosi się ku włosom. Macham dłońmi rozchylając skorupę. Owoc jest pusty. Ponawiam próbę. Popiół spadł na koszulę. Kawa stygnie w dłoni. Nie skupiam myśli, lub skupiam je tak mocno, że nie czuję tego. Życie odizolowanego człowieka męczy mnie czasem. Poszukuję wyjaśnienia. Chcę zrozumieć własne myśli, doświadczenia, które z czasem stają się formą samookaleczenia. Zamykam oczy w popielatym dymie.

Kiedy chadzał z Nią wymarłymi o świcie uliczkami Paryża, nie przypuszczał, że stanie się jego obsesją. Czerwonymi ustami i szaroczarną suknią, przenikliwym wzrokiem. Obsesja utajona. Popełniał dla Niej samobójstwa. Kilkakrotnie. Wielokrotnie. Zielone pędy i kwiaty spadające na ulicę z balkonu tajemniczej Nieznajomej. Papieros w kawiarni. Pociągały go miejsca puste.

Nienawidziłem czasem swego wzroku. Tych receptorów, przez które poznawałem biel ścian. Zmuszały one do lepienia strzęp myśli w obraz powieszony na ścianie. Niedojrzałe przemyślenia. Cholerne rozdarcie. Czekam. Przesuwając powoli dłonie po delikatnie zielonym prześcieradle, wynurzając je spod poduszki odkrywam, że nie mam widocznych ran. Słowa nie syciły mnie już tak jak dawniej. Szukam swojej śmierci. Szukam. Ciągle poszukuję. Niespełniony. Kolejny dzień. Kawa, by nabrać smaku w ustach. Pijam gorzkie kawy. Czarne. Esencja smaku i zapachu powodują zawroty głowy. Pojawia się w moim umyśle pewnego rodzaju zachwyt, niewyrażalny w żaden sposób. Powracają obrazy. Te ulice. Jej dłonie. Cichy szept w głuszy nocy. Pachnące ciało.

Wisła niepokornie nabiera blasku w podeszczowym słońcu. Ta ławka przy pomniku i wyłamana barierka zdradzają swoją obecnością chęci. Uciekam. Pospiesznie. Nie rozglądam się dookoła. Nie chce jechać autobusem. Pełen absurdu czuję, jak popadam w obłęd. Skocze. Zawrócę.

To wszystko nie skończy się dobrze…

Popatrzył na Tomka. Stał rozważnie z jedną ręką włożoną do kieszeni, a z drugą ugiętą w łokciu i spoczywającą przy klatce piersiowej. Jego twarz krzyczała emocjami, o których bał się mówić. Noc była zimna. Stali na balkonie i rozmawiali.

- Stoczyłem się. Dużo piłem. Całą wypłatę. Wódka wieczorem… Wódka była zawsze ze mną. Nie chce Ci pierdolić. Byliśmy przyjaciółmi. Wiesz jak było, wiesz jak jest. Domyślasz się, jak jest. Widzisz jak jest. Jestem obcy. Myślę o Niej…

- Kiedyś powiedziałeś, że nie wiesz który z nas pierwszy, ale wiesz, że pewnego dnia skoczymy.

Czekam. Nie chce iść na pogrzeb. Był moim przyjacielem. Ciągle jest moim przyjacielem. Różniło nas tyle spraw. Tyle rzeczy nas łączyło… Wódka zmieniła smak. Tanie wino rozpijane w szkolnej ławce już nie kusi. Zmieniło się prawie wszystko. Czekam. Wiem, że wtedy mówił prawdę. Boję się tej prawdy.

Powinienem uciec. Ratować Ją. Zabijać Ją? Rozdarcie… Nie pytam co będzie, gdy pewnego dnia zniknę. Nie chce o to pytać, choć bardzo mnie to nurtuje. Wiem, co usłyszę. Wiem, że nie mam prawa. Tym bardziej nabieram do siebie obrzydzenia. Niech znajdzie się morderca! Niech znajdzie się kat, który przyłoży nóż do szyi. Zawinę koszulę. Rozpinam dwa górne guziki, rozchylam kołnierz i zamykam oczy.

Pisk tramwaju zatrzymującego się niedaleko, wpada wraz z zimnym powietrzem do pokoju. Kilka mrugnięć powiekami. Oddycha.

Do tramwaju wsiada cygan. Dziś akordeon najzwyczajniej w świecie mu ciąży. Melodia jest niespójna. Stare miasto przytłacza ilością turystów. Na Małym Rynku jest kawiarenka. Miła Pani z czarnymi włosami rozpoznaje czasem klientów i skłonna jest wtedy uśmiechać się wyjątkowo tajemniczo. Piotrek zostawia czasem na serwetkach kilka słów. Wyjątkowo skromne podziękowania za sympatyczny uśmiech, Pani czyta zaraz po odejściu Piotrka od stolika. On nie spieszy się. Zapisuje kilka linijek niezrozumiałymi, czasem sztucznymi metaforami. Wypala papierosa mrużąc oczy. Teatralne „dobranoc Drogiej Pani” zamienia się w ceremonie, z której Piotrek czerpie satysfakcje…

Kreuje swoje życie na tandetną powieść. Nie ma „dziś”. Nie ma „teraz”. Noc jest „teraz”, a „teraz” nocą rodzi dzień snów. Indiańskie bębny. O Szamani! Wyproście bogów o słowa pychy. Wetknijcie w me usta kilka strof. Za słowami czają się maski. Moc pozbycia się masek jest konieczna. Za późno na „teraz”. „Teraz” umarło…

Widzę krew na nadgarstkach. Wyobraźnia staje się nieposłuszna umysłowi. Musze uciekać. Błagam Cię Kochana… Każ mi uciekać. Krzyknij kilka śmiertelnych słów. Zamknij moje usta… Mówię Ci czasem, jak zmieniają się moje myśli. Boję się, że muszę uciekać. Jeśli Nasze Światy zaczną się zamykać, zabiję Cię w sposób najokrutniejszy z możliwych. Nie chcę Cię zabijać metafizycznie… Czuję jak mnie ogarniasz. Oplatasz łydką wokół bioder. Wiem, co to czystość. Boję się, że znajdziesz mnie pewnego dnia leżącego na podłodze. Włączony komputer, nieskończone przemyślenie…

- Piotruś, ja Ci powiem… Nie wiem, co się z nami stało. Patrzymy na siebie. A co, jeśli to dziś?

- Czekałem na to. Wyraziłeś wątpliwość każdego dnia. Niepewność oczekiwanego dnia, wbija igłę w ramie. Czarną nicią wyszywa swój ból. Jednak jest w nas jakieś życie? To właśnie chciałeś powiedzieć?

- Nigdy nie staliśmy razem nad przepaścią.

Nigdy nie staliśmy razem nad przepaścią… Miał rację.

 

Ilość odsłon: 260

Komentarze

Nie znaleziono żadnych komentarzy.